Navigation Menu
Cudowne plażowanie i Miasto Ho Chi Minha

Cudowne plażowanie i Miasto Ho Chi Minha

By on Lut 18, 2018 in Azja, Wietnam | 0 comments

Po zwiedzaniu dziwacznego Dalat i jego okolic zdecydowaliśmy się wreszcie na dwa dni prawdziwego odpoczynku – czas na plażowanie!

Podróż mikrobusem z Dalat do MuiNe trwała w sumie 6 godzin, choć to zaledwie 175 kilometrów. Chociaż jak zwykle w trakcie drogi oczy same mi się zamykały, to kiedy nie spałam, podziwiałam niesamowite widoki – kręta droga, górki, zieleń… W pewnym momencie zobaczyliśmy, że dalsza droga jest zablokowana, osuwisko piachu i mułu ze wzgórza zupełnie zasypało drogę. Po środku drogi stał kompletnie zakopany samochód. Myśleliśmy, że trochę to potrwa, ale pasażerowie i kierowcy innych aut, szybko wypchnęli zakopane auto, a kierowca naszego busa sprawnie przejechał po koleinach.

Reszta drogi przebiegła bezproblemowo.

W MuiNe a właściwie w Phan Thiet, w naszym lokum – skromnym, ale zupełnie wystarczającym, zameldowaliśmy się o 13.

Zostawiliśmy bagaże w pokoju i od razu poszliśmy coś zjeść – jedzenie jest tutaj obłędne, z resztą jak w trakcie całej tej podróży (oczywiście będzie na ten temat osobny wpis). A następnie prosto na plażę.

MuiNe i dalej położone Phan Thiet to miejscowości wypoczynkowe, gdzie można spotkać coraz więcej dobrych hoteli, mnóstwo restauracji na świeżym powietrzu, ale niestety plaże poza obrębem hoteli są zaniedbane i pełne śmieci. Niektóre z hoteli nie posiadają plaży w ogóle, ponieważ fale docierają pod samo ogrodzenie.

Części plaży gdzie na brzeg są wyciągane łodzie rybackie, które przypominają ogromne, plastikowe, okrągłe balie, są wyłożone płytami betonowymi, tak, aby te łodzie-balie łatwiej było wyciącnąć z wody. Morze Południowochińskie jest dość agresywne, jest wietrznie, a fale potrafią przewrócić spacerujących przy brzegu. Ale woda w Morzu jest cudownie ciepła, dosłownie jak zupa. Popołudniu można obserować rybaków przy pracy, którzy nie muszą odpływać daleko od brzegu, aby złowić wspaniałe ryby i owoce morza. Kobiety często stoją w wodzie, prawie przy samym brzegu i sitami wyławiają przeróżne małże.

Ale… jest to wymarzona pogoda dla kiesurferów, idąc brzegiem trafiliśmy w takie właśnie miejsce.  Szeroka plaża, biały piasek pełen muszli (z których wciąż można wygrzebać kolację), szkółka i wypożyczalnia sprzętu dla kitesurferów oraz należąca do niej restauracja. Tutaj postanowiliśmy zatrzymać się na plażowanie, również ze względu na dostęp do prysznica ze słodką wodą, bo ta w morzu jest bardzo słona.

Po takich cudownych dwóch dniach plażowania i objadania się owocami morza i rybami trzeba było zakończyć naszą wyprawę w Sajgonie czyli tam gdzie cała podróż się zaczęła. Aż ciężko wierzyć, że minęły prawie trzy tygodnie.

Phan Thiet – Sajgon to odległość około 185 kilometrów. Oczywiście na nocleg wybraliśmy ponownie Sakura Hostel.

W Sajgonie wylądowaliśmy przed wieczorem i dzięki temu mogliśmy jeszcze podziwiać miasto Ho Chi Minh po zmroku, zwiedzanie zostawiając sobie na następny dzień.

Miasto Ho Chi Minha jest największym miastem w Wietnamie i stało się jego stolicą biznesową, bardziej kosmopolityczną i rozrywkową, niż jakiekolwiek z pozostałych odwiedzonych przez nas miejsc.

 

 

Zwiedzanie Sajgonu, czy raczej spacer po tym ogromnym mieście, ograniczyliśmy w zasadzie do Dzielnicy 1. Ogromnie zatłoczonej, z resztą tak jak cała reszta tego miasta. Piesi muszą być bardzo czujni, gdyż w godzinach szczytu, aby ominąć korki, kierowcy skuterów, chyba najbardziej tutaj popularnego środka lokomocji, jeżdżą po prostu po chodnikach.

Skierowaliśmy się do Dong Khoi, ulicy, która powróciła do kolonialnego blasku sprzed lat, tutaj znajdują się piękne hotele, Katedra Notre Dame oraz budynek Poczty Głównej.

Przechodząc przez pobliski park można zobaczyć surowy budynek Pałacu Zjednoczenia, który w pewnym sensie jest symbolem zjednoczenia Wietnamu. Wokół pałacu zlokalizowanych jest wiele ambasad.

Ale oczywiście Sajgon to też nowoczesność reprezentowana przez wysokie wieżowce ze szkła i aluminium.

Nie zabrakło również wizyty na lokalnym targu, ostatnie zakupy przed powrotem do domu. Oczywiście na targu można kupić wszystko, od pikatchu, przez tony kolorowych materiałów do kawy przypraw i innych smakołyków.

Często się zdarza, że grupy młodych ludzi podchodzą żeby po prostu porozmawiać, w celu praktykowania języka angielskiego i, jak twierdzą, odrobienia w ten sposób zadania domowego. Słyszałam, że czasem oferują jakieś płatne atrakcje turystyczne, ale nam się akurat nic takiego nie zdarzyło.

 

 

To już koniec wyprawy. Wracamy do domu, mimo wszystko z poczuciem niedosytu 🙂 a może to ja tak zawsze mam? W kolejnych wpisach opowiem jeszcze o jedzeniu w Wietnamie, o kuchni, która jest obłędna i wyjątkowa. Będzie smacznie!

Post a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Subskrybuj Małgo on tour!

Dołącz do mnie, aby otrzymywać informacje o nowych postach lub ciekawych wydarzeniach.

Subskrypcja zakończona sukcesem!

Pin It on Pinterest

Share This