Navigation Menu
Czarna skała, Czorten Kukuczki i załamanie pogody

Czarna skała, Czorten Kukuczki i załamanie pogody

By on Sty 13, 2019 in Azja, Nepal, Świat | 0 comments

A oto kolejna część trekkingu w Nepalu – odcinek Gorak Shep – Kala Patthar – Chuckung.

KALA PATTHAR (5550 m)

Po noclegu w schronisku w Gorak Shep, z samego rana zaplanowaliśmy wejście na szczyt Kala Patthar (5500 m). Większość grup wychodzi na szczyt bardzo wcześnie rano, żeby zobaczyć wschód słońca. Przeanalizowaliśmy plusy i minusy takiego rozwiżzania i wyszło nam, ze jednak wolimy wejść, kiedy słońce już się wychyli zza gór i chmur. Po pierwsze będzie trochę cieplej, a po drugie nie będzie już takiego tłoku.

Tak też się stało. Okazało się to bardzo dobrym posunięciem, na szczyt wdrapaliśmy się prawie sami. Muszę przyznać, ze było dość zimno, ręce schowałam w łapawice Ola (najcieplejsze na świecie).

Wejście na Kala Patthar nie jest szczególnie wymagające, na pewno nie są tu potrzebne wyjątkowe, alpinistyczne,  umiejętności, ale za to dostarcza widoków zapierających dech w piersiach.

Kala Patthar to w tłumaczeniu „Czarna Skała” i jest częścią grani Pumori (7161 m). Oznakowane jest tylko rozpoczęcie wejścia na Kala Patthar, później szlak nie jest już oznakowany. Rozpoczyna się dość stromo, a biorąc pod uwagę niższa zawartość tlenu w powietrzu i zimno, szczególnie lekko nie jest. Czas wejścia szacuje się na około 2 – 2,5h – jednak, jak w każdym wypadku, o czasie tym zadecydują indywidualne możliwości.

Ze szczytu rozpościera się niesamowity widok. Panorama największej góry świata, a w zasadzie jej zachodniej ściany w całej okazałości. Ponieważ na szczyt dotarliśmy już w pełnym słońcu i tak jak przewidywaliśmy nie było na szczycie ludzi, mogliśmy spędzić swobodnie trochę czasu i chłonąć ten wspaniały widok. Oprócz Mt. Everestu, podziwialiśmy Nuptse oraz Lhotse, całkiem dobrze widać również Icefall (lodospad), oraz turkusowe oczka lodowcowych jezior.

Zrobiliśmy zdjęcia, zjedliśmy zapasy ciastek i rodzynek 🙂 poczułam, ze bardzo chce mi się spać. Tak po prostu spać, gdyby mi ktoś pozwolił, pewnie zwinęłabym się w kłębek i zasnęła… wpływ niskiego ciśnienia i małej ilości tlenu cały czas mi o sobie przypomina. Czas ruszać w dół, bo tego samego dnia chcemy dotrzeć na nocleg w Lobuche (5000 m).

GORAK SHEP (5140 m) – LOBUCHE (5000 m)

Po zejściu z Kala Patthar, zabraliśmy nasz ekwipunek i ruszyliśmy na nocleg do Lobuche – następnego dnia, mieliśmy zameldować się w okolicach Chuckung. To nie był długi odcinek drogi, ponownie także niewymagający, około 12 km z niewielkimi zejściami i podejściami. Wieczorem, spędziliśmy chwilę w schroniskowej jadłodajni, oglądając niesamowity zachód słońca, który na złoto podświetlał okoliczne szczyty i wznosząc toast symboliczną ilością whisky o podłym smaku i oczywiście odpowiedniej nazwie. Widzieliśmy też ludzi, którzy nie byli w stanie znieść takiej wysokości, zaczęła się u nich choroba wysokościowa i musieli zostać zwiezieni niżej, na osiołku. Przy chorobie wysokościowej nie ma żartów.

LOBUCHE (5000 m) – DINGBOCHE (4340 m) – CHUCKUNG (4730 m)

Z Lobuche wyszliśmy skoro świt. Tego samego dnia zamierzaliśmy dotrzeć do Chuckung, gdzie mieliśmy spotkać naszego przewodnika i z nim wyruszyć w kierunku Imja Tse / Island Peak (6189 m).

Droga była niezwykle malownicza, z resztą jak każda tutaj, każda w swoim klimacie, każda piękna i wyjątkowa, pokonanie tego odcinka zajmuje około 6h. Mniej więcej w połowie drogi można zobaczyć niesamowite cmentarzysko bez ciał, czorteny, tych którzy na zawsze zostali w górach, zarówno wspinaczy, jak i Szerpów. Robi niesamowite wrażenie.

W Dingboche spotykamy naszego przewodnika – nazywa się Pemba Sherpa i razem idziemy dalej do lodgy w Chuckung. Po drodze mijamy symboliczne miejsce, zwłaszcza ważne dla Polaków, czorten Jerzego Kukuczki, który zginął na południowej ścianie Lhotse, a także Rafała Chołdy i Czesława Jakiela.

Jesteśmy już dużo niżej i zrobiło się, przynajmniej w ciągu dnia, nieco cieplej. Pod wieczór docieramy do naszej lodgy na wieczorny posiłek i sprawdzanie sprzętu. Okazuje się, ze nasz przewodnik brał udział w akcji ratowniczej, za którą otrzymał od Polskiego Związku Alpinizmu podziękowania.

Nagle zauważamy na niebie niesamowite kolory, słońce zachodzi, jak jeszcze ani razu w czasie naszej wędrówki – całe niebo mieni się żółtym, czerwonym i fioletowym kolorem. Jesteśmy tak podekscytowani robiąc zdjęcia, ze nie myślimy w ogóle o tym, ze być może właśnie „idzie” załamanie pogody…

Post a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Subskrybuj Małgo on tour!

Dołącz do mnie, aby otrzymywać informacje o nowych postach lub ciekawych wydarzeniach.

Subskrypcja zakończona sukcesem!

Pin It on Pinterest

Share This