Navigation Menu
Ostatni etap himalajskiego trekkingu Dingboche – Lukla

Ostatni etap himalajskiego trekkingu Dingboche – Lukla

By on Sty 20, 2019 in Azja, Nepal, Świat | 0 comments

Poranek jeszcze nie zapowiadał tego co miało się wydarzyć. Niesamowity zachód słońca, z poprzedniego wieczora, jeszcze tkwił nam w głowach.

Moja ekipa ruszyła w kierunku Island Peak. Chociaż bardzo chciałam iść na szczyt, który podobno nie był trudny, to jednak trzeba być rozsądnym – nie miałam wystarczającego sprzętu, nie zrobiłam kursu zimowego (zrobiłam to wczesną wiosną następnego roku), nie można w takiej sytuacji narażać siebie i innych, musiałam z tego etapu zrezygnować. Domka, Jajo i Olo rozbili namiot w bazie pod Island, skąd następnego dnia wcześnie rano ok. 2 w nocy mieli ruszyć na szczyt. Ja natomiast wróciłam sama do Dingboche.

W Dinboche miałam zaczekać na ekipę, skąd  mieliśmy ruszyć w kierunku Mera Peak, przez Namche Bazar i Luklę.

Postanowiłam zatrzymać się w logdy, w której wcześniej jedliśmy posiłek. Jak na te warunki, była dość komfortowa – toaleta przypadała na 2 pokoje, oczywiście zasada z prysznicem wciąż była taka sama – trzeba słono płacić i ciepła woda jest przez chwilę. No ale, gorący prysznic jednak wygrał, no i chciałam też trochę przeprać swoje rzeczy. Kiedy wyszłam spod prysznica (bezpośrednio na dwór) – już ostro sypał śnieg. To bardzo nietypowe o tej porze roku (przypominam, ze nasza podróż przypadała głównie na październik). Jak się później okazało, anomalie te były spowodowane przejściem tajfunu z Tajwanu w kierunku Chin, który wywołał takie właśnie zawirowania pogody.

Czuję się lekko przeziębiona… tymczasem, po godzinie opadów, śnieg sięga mi do łydek.

Następnego dnia, jest już totalnie biało, a około południa zjawia się moja ekipa – z powodu śniegu też niestety musieli zawrócić. Postanawiamy następnego dnia ruszyć do Namche Bazar. Po zmroku, śnieg zaczął sypać jeszcze mocniej i rozpętała się burza, pioruny biły w dolinę jak wściekłe. Pierwszy raz widziałam śnieżycę połączoną z burzą. Coś niesamowitego.

Rano jest już spokój, ale za to pięknie i biało, ruszamy do Namche Bazar.

DENGBOCHE – NAMCHE BAZAR

Droga jest przepiękna, zaśnieżona, nie jest trudna, ale bardzo długa. Po około 1,5 h marszu zatrzymaliśmy się na śniadanie. I chyba w tym momencie popełniłam ogromny błąd. Bardzo chciało mi się pić, zupełnie nieprzemyślanie zamówiłam sobie oprócz herbaty tzw. „cold orange” – do tej pory jeśli zamawiałam tej napój to w wersji „hot” czyli z gorącą, przegotowaną wodą, zupełnie nie pomyślałam, że „cold” to będzie zwykła kranówa. Miałam się o tym przekonać nieco później.

Za nami został Mt. Everest i Lhotshe, które towarzyszyły nam przez kilka ostatnich dni. Najdłużej widoczna jest Ama Dablam (6812 m), która jest wyjątkowo charakterystyczna i piękna. Jej nazwa oznacza „Matka z perłowym naszyjnikiem”.

Dalsza droga wiodła nas przez miejscowości „-boche” czyli Pengboche, Tengboche itd. Jest przepięknie, oczywiście im niżej schodzimy tym mniej jest śniegu. Jakoś tak sie stało, że odkąd spadł śnieg nie mamy łączności, ani zasięgu w komórkach, ani oczywiście internetu. Po drodze nagle odnajduje się nasz przewodnik, z naszym namiotem i resztą rzeczy, mają też jaka, więc z przyjemnością oddaję im swój plecak. W Tengboche robimy przystanek przy ogromnym, buddyjskim klasztorze.

Niestety nasz przewodnik okazuje się nie stronić od alkoholu, niestety tak bardzo, ze od jego „aury” zaczyna mnie dosłownie mdlić. Droga jest prosta, ale zaczyna się niemiłosiernie dłużyć, mamy nadzieję, ze za  każdym zakrętem będzie już Namche, jest mgliście i coraz chłodniej. Wreszcie jest! Namche Bazar – zamknęliśmy pętelkę 🙂

Zaraz przy pierwszych zabudowaniach Namche Bazar zobaczyliśmy spory tłum ludzi, podeszliśmy zaciekawieni – okazało się, że właśnie kręcony jest Bollywoodzki film! Niesamowita sprawa – tańce, śpiew i niesamowicie piękni aktorzy. Popatrzyliśmy chwilę i ruszyliśmy w kierunku „naszego” hostelu, do naszej już znajomej i pokoju modlitewnego. Niestety, Panowie po drodze zobaczyli mecz piłki nożnej i postanowili dołączyć do grających. 🙂 Co ciekawe, mino tak długiej wędrówki i aklimatyzacji, do biegania na takiej wysokości oddech wciąż był zbyt krótki. Ale walczyli dzielnie i mogłyśmy z Domą być dumne 🙂

Zaraz jak się zameldowaliśmy w hostelu, złapaliśmy zasięg i internet, i okazało się, że po tych mocnych opadach śniegu, pod Annapurną zeszła lawina pod którą zginęło czworo Polaków. Byliśmy w szoku, oczywiście od razu staraliśmy skontaktować się z najbliższymi, żeby powiedzieć, ze u nas jest wszystko ok. Okazało się, że przez pierwsze dni jedyna informacja jaką mieli, to taką, ze zginęli ludzie z Polski, nie było wiadomo ani dokładnie kto, ani gdzie… Straszna tragedia, ludzie pojechali na urlop i nikt się takiej tragedii nie spodziewał, tym bardziej, że trasy trekkingowe na prawdę nie są mocno wymagające.

Następnego dnia robimy sobie wolne – my z Domą połazimy, a chłopaki na 16:00 umówili się na kolejny mecz piłki nożnej.

Pogoda jest już bardzo ładna i słoneczna, zapowiada się fajny dzień – będziemy robić pranie, zakupy, wyślemy kartki do znajomych i rodziny. Na poczcie niespodzianka – kręcą film, w tej scenie Piękna Ona wysyła kartkę, rety ile to trwa… poczta nieczynna, czekamy. Tymczasem dla mnie coraz bardziej staje się jasne, że się zatrułam. Wszystko mi śmierdzi, nie chce mi się jeść. Wracam do hostelu. W międzyczasie pisze do mnie Aga Rylik, która wtedy pracowała w TVN, czy wszystko w porządku i czy mogą zadzwonić zapytać oficjalnie jak wygląda obecnie sytuacja w górach – dzięki temu mam swój epizod w wiadomościach TVN 😉

NAMCHE BAZAR – TOKTOK – LUKLA

Plan na kolejny dzień do Lukla, więc ponownie ruszamy wcześnie rano, zaraz po śniadaniu – próbowałam cokolwiek zjeść, ale czuję się kiepsko. Drogę szacujemy na około 8 godzin, więc raczej łatwo mi nie będzie. Na początek 600 m w dół, idąc zastanawiałam się, jak ja tam w ogóle wlazłam. Po 3 godzinach marszu, jest mi coraz gorzej, nie mogę jeść, wszystko dookoła śmierdzi, zaczynam mieć rozstrój żołądka.  Zadecydowaliśmy, ze się podzielimy – Doma z Olem pójdą przodem, a Jajo został ze mną, zobaczymy gdzie damy radę dojść. Z Toktok do Lukli są jeszcze 3-4 godziny drogi, a ja już wiem, ze nie dam rady. Zostajemy z Jajem w Toktok – staram się dużo pić – Jajo zaopatrzył mnie w wodę i soki, piję, jak nie ja w ciągu nocy 3 litry wody i 12 soków… Całe szczęście też, że mam wsparcie u Doktora Piotra Kłosa z World Medica w Kołobrzegu. Mogę dzwonić do niego o każdej porze dnia i nocy – pomógł mi skompletować przed wyjazdem apteczkę, dzięki temu może „na telefon” zaordynować mi leki.

Do Lukli wystartowaliśmy bez śniadania, droga była łatwa, po około 3,5 h osiągnęliśmy Luklę. Jest 18.10.2014 (sobota). Od razu spotykamy Domkę i Ola i idziemy do Himalayan Lodge, jak na nasze możliwości dość luksusowej, położonej przy samym lotnisku. Zostałam w pokoju 1-osobowym, zostałam zaopatrzona w soki i wodę i moja ekipa ruszyła dalej. Położyłam się do łóżka, jest mi trochę lepiej, chyba leki zaczynają działać, ale do ideału jeszcze sporo brakuje. Kolejny dzień również spędzam bez jedzenia, w łóżku. Przychodzi do mnie właścicielka lodgy, zapytać, co się ze mną dzieje i czy ma iść ze mną do szpitala, ale jednak decyduję się jeszcze jeden dzień zaczekać.

Tego samego wieczoru mam bliskie spotkanie z pająkiem – jest ogromny i włochaty i wychodzi ze ściany, nic nie jestem w stanie z nim zrobić, delikatnie mówiąc jestem przerażona. Pająk znika. Po dwóch dniach wchodzi do mojej reklamówki z napojami – decyduję się na strategię „win-win” – biorę kije trekkingowe i reklamówkę razem z zawartością wystawiam przez okno na dach – uff, oboje jesteśmy ocaleni!

W Lukli spędzam jeszcze dwa dni – tyle zajmuje mi przebukowanie biletu powrotnego do Kathmandu. Trochę spaceruję, poznaję fajnych ludzi z Nowej Zelandii, Ukrainy, Rosji, Hiszpanii, jest mega sympatycznie i wesoło. Czuję się wreszcie dobrze!

22.10 w środę lecę do Kathmandu, z jednego z najbardziej niebezpiecznych lotnisk na świecie… No nie powiem żeby mnie to fascynowało – krótki pas startowy, przepaść, góra, maleńkie samolociki, dobrze, ze to wszystko razem trwa 45 minut. Niestety mimo przebukowanego biletu cały dzień spędziłam na lotnisku, a było nawet ryzyko, ze tego dnia w ogóle nie uda mi się wylecieć, na szczęście skończyło się pomyślnie.

Pa, pa wysokie góry! Jeszcze do Was wrócę!

To już koniec mojego trekkingu w Himalajach, pokochałam ten kraj i ludzi, dlatego wiem, ze tu wrócę.

Za tydzień opowiem Wam jeszcze więcej o Kathmandu i o obchodach Nowego Roku 1134 🙂

Post a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Subskrybuj Małgo on tour!

Dołącz do mnie, aby otrzymywać informacje o nowych postach lub ciekawych wydarzeniach.

Subskrypcja zakończona sukcesem!

Pin It on Pinterest

Share This